Stilon po wojnie

Oryginalny artykuł: 
Jan Jankowski – „Stilon po wojnie, przygotowanie fabryki do uruchomienia produkcji, uroczystość otwarcia Zakładu”

Gazetka Stilon

Zródło: Gazeta Lubuska

Był rok 1946. Kiedy w dalekiej Łodzi powołano do życia Dyrekcję, a następne centralny Zarząd do kierowania odbudową i rozwojem zakładów włókien sztucznych, w Gorzowie nikt nie myślał o produkcji nitki stilonowej. Na dole leżało miasto straszliwie okaleczone przez nawałnicę wojenną, powracające powoli do życia i z trudem leczące zadane rany. Wysoko nad miastem, na jego skraju, również okaleczony i zdewastowany stał zakład przemysłowy. Właściwie nie był to już zakład. Na dużym obszarze z resztkami ogrodzenia, wśród złomowisk powykręcanej stali, resztek instalacji, różnych materiałów, gruzu i śmieci stało kilka zdewastowanych budynków produkcyjnych i liczne drewniane baraki. Zakład był budowany w czasie wojny. Niektóre budynki nie były wykończone, pod inne zdążono zrobić jedynie głębokie wykopy fundamentów. Budynek Wydziału Włókien Ciętych i Polimeryzacji posiadał jedynie szkielet żelbetowy bez dachu i ścian. W miejscu budowanego Wydziału Kordu zastaliśmy olbrzymi wykop, tak głęboki, że można by zmieścić tam duży piętrowy dom. W istniejących budynkach Niemcy produkowali folię filmową i rozpoczynali produkcję przędzy poliamidowej. Oczywiście wszystkie urządzenia zostały wywiezione i w pustych halach produkcyjnych hulał wiatr, dzwoniąc resztkami blach i wiszących tu i ówdzie poobrywanych instalacji. Ale oto na to cmentarzysko fabryczne wkroczyli ludzie. Nie byli to ci, co przyjechali na „zachód” w poszukiwaniu skarbów lub przygód. Byli to robotnicy patrioci, świadomi swojej misji, silni wolą odbudowy swojego kraju, zdecydowani przejąć w gospodarskie władanie te ziemie, nasze, sprawiedliwie zwrócone Polsce. Ślusarz, a potem mistrz, Stanisław Mozol, a z nim młodzi, pełni energii i zapału: St. Kaczmarek, E. Wasilewski. W. Mazurczyk, W. Barski i wielu innych zebrali wokół siebie około 40 osób. Byli wśród nich fachowcy: ślusarze, spawacze, tokarze, stolarze, ale było też dużo ludzi bez kwalifikacji, bez zawodu. Mieli jednak zapał i niezłomną wolę pracy i odbudowy zakładu. Trzeba było ubezpieczyć teren, ubezpieczyć budynki, stworzyć chociażby podstawowe warunki do pracy.

I ruszyli do czynu. Materiału było pod dostatkiem. Z trudem jednak zdobywano narzędzia. Każdy nowo wstępujący do kolektywu musiał je przynieść ze sobą. Zorganizowano straż, dowództwo której objął Teodor Sanczenko. Jeden z najbardziej odpowiednich budynków parterowych o długiej hali typu przemysłowego został wybrany na warsztat pracy. Pomieszczenia szybko uporządkowano i naprawiono. Trzeba tylko się spieszyć, bo środków do życia nie było. Wyszukano gdzieś dwie czy trzy stare tokarki, palenisko kuzienne, jakąś wiertarkę, sklecono stoły ślusarskie i stolarskie, zdobyto imadła. Uruchomiono prowizorycznie własną instalację, elektryczną oraz instalację wodociągową z własnych studni głębinowych. Tak powstał warsztat mechaniczny przemieniony w przyszłości w Wydział Mechaniczny. Zakład i warsztat był ich domem. Tu pracowali, tu jedli, tu też często spali. Przyjmowano różne roboty, byleby tylko utrzymać obiekt i zapewnić sobie minimum środków do życia. Robiono słupy i inne prace dla elektrowni, różne prace dla powstających instytucji miejskich, jednocześnie uzupełniano swój warsztat. Tak powstała własnej roboty piła ramowa do metalu i gwinciarka, rozszerzono zakres pracy tokarek przez dobudowanie samochodowych skrzynek biegów. Z braku frezarek koła zębate regenerowano, a nawet wykonywano ręcznie, pilnikiem.

Tak minął rok 1947. W tym czasie Centralny Zarząd przejął jut opiekę nad zakładem, ale decyzji o odbudowie jeszcze nie można było podjąć. Powołano jednak w Jeleniej Górze zespół konstruktorów do opracowania dokumentacji odbudowy i rozbudowy Gorzowa. Nasz kolektyw w dalszym ciągu przyjmował różne prace. Nawiązano już łączność z odbudowanymi zakładami włókien sztucznych we Wrocławiu i Szczecinie. Regenerowano więc i montowano pompy i zawory. Podjęto produkcję wózków dla Szczecińskich i Wrocławskich Zakładów Włókien Sztucznych oraz wykonano wiele innych prac. Zdobywanie środków finansowych było jednak trudne. Wypłaty odbywały się „na raty". Gabrylewicz, pierwszy „od finansów” wypłacał zarobki zależnie od wpływów należności za wykonane roboty. Byty też ciężkie chwile, okresy niepewności, przedłużające się oczekiwanie na decyzję o odbudowie zakładu. Chętnych do pracy i potrzebujących pracy przybywało, coraz trudniej było utrzymać i nie dopuścić do utraty tak ciężko wypracowanych osiągnięć. W tej sytuacji w 1948 Centralny Zarząd podjął decyzje uruchomienia tkalni jedwabiu w jednym z budynków fabrycznych (obecnie mieści się tam Wydział Energetyczny). W ten sposób powstała Państwowa F-ka Włókna Sztucznego Nr 5, na czele której stanął pierwszy dyrektor mgr K. Hryniuk. Przyszły nowe kłopoty, ale i wielka nadzieja na stabilizację. Zawrzało jak w ulu. Ze Śląska ściągano krosna, kompletowano je i przygotowywano do montażu. Jednocześnie trzeba było przygotować i wyposażyć budynek, rozplanować stanowiska robocze, przygotować się organizacyjnie do podjęcia produkcji. Załoga rosła i pracowała w zwartym kolektywie, niezmiernie ofiarnia. Lina przodujących i wyróżniających się pracowników stale się powiększała. Czesław Hamulski, Michalski, Kaczmarek, Dąbkowski, Grudel, Jastrzębski, Durbajło i wielu innych, to nowe zastępy budowniczych i gospodarzy z tych pierwszych lat.

I oto 1.04.1949 r. ruszyły pierwsze krosna, na 1 maja — 80, a w święto Odrodzenia 22 Lipca już 120 maszyn, dając produkcję tak wtedy potrzebną dla gospodarki narodowej. Radość była duża. Załoga zwiększyła się do około 400 osób, przybywały pierwsze absolwentki szkół przysposobienia przemysłowego. Część fachowców z Warsztatu Mechanicznego przeszła do „tkalni” na obsługę i do prac konserwacyjnych. Reszta pozostała, wykonując dalej prace niezbędne dla Zakładu i przemysłu, marząc jednocześnie o budowie dużej produkcji włókien syntetycznych. W Warsztacie Mechanicznym działały już organizacje: partyjna, związkowa i Z.M.P. Organizowano również życie kulturalne załogi. Fundusze na te cele, jak również na nagrody dla wyróżniających się i zasłużonych pracowników, zdobywano ze sprzedaży bezużytecznego złomu i z prac wykonywanych przy wykopkach lub w czasie żniw na wsi.

Ale oto nadszedł wrzesień 1949 roku. Marzenia załogi stały się rzeczywistością. Decyzją władz państwowych powstano Dyrekcję Budowy Państwowej F-ki Wł. Syntetycznych. Nominację na dyrektora budowy otrzymał mgr H. Ejchart. Byt to człowiek obdarzony wyjątkową energią i zdolnościami organizacyjnymi. Budowa ruszyła szerokim frontem. W dyrekcji powstały działy kierujące budową. Szefem Działu Technicznego został Aleksander Jastrzębski, Działu Mechanicznego inż. K. Kordys, Działu Energetycznego inż. W. Sokołowski, Działu Budowlanego W. Bieńkowski. Spływającą z Łodzi dokumentuję techniczną trzeba było szybko przetwarzać w liczne magazyny, urządzenia, aparaturę i instalacje. Działać trzeba było na wszystkich odcinkach równocześnie: adaptować istniejące budynki, organizować pracę, koordynować, zaopatrywać, stwarzać warunki pracy dla załogi i zdobywać niezbędna środki finansowe. Dyrektor Ejchart był wszędzie; jeździł, interweniował, kontrolował, pocieszał, ganił i nagradzał. Kierowanie samą budową powierzono Naczelnemu Inżynierowi Budowy inż. B. Brodowskiemu. Trzeba było zbudować, wyposażyć i uruchomić część chemiczną do produkcji kaprolaktamu, polimeryzację i przędzenie oraz oddziały włókiennicze do mechanicznej obróbki włókna (rozciągnie, skręcanie, płukanie, cewlenie). Możliwości zlecania innym układom budowy aparatury chemicznej były ograniczone, trzeba było więc liczyć głównie na własne siły. Zadanie to spadło na Warsztat Mechaniczny. Tu zbudowano poważną ilość aparatury chemicznej. Załoga Warsztatu wzrosła do ponad 100 osób, przybywało maszyn i wyposażenia. Jednak warunki pracy były trudne, a uzbrojenie techniczne bardzo prymitywne. Najważniejszą sprawą było jednak zdobycie olbrzymiej ilości potrzebnych materiałów. Częściowo korzystano z istniejących i porozrzucanych po terenie blach, śrub, armatury, resztę „ściągał” dosłownie z całej Polski legendarny zaopatrzeniowiec Kawczyński. Robił on istne cuda sposobami tylko sobie znanymi. Produkcja surowca wyjściowego – kaprolaktamu w Polsce nie istniała, import był również niemożliwy. Ruszono więc intensywnie do budowy aparatury i montażu urządzeń Wydziału Chemicznego. Teraz Warsztat Mechaniczny musiał rozwinąć wszystkie swoje możliwości i zastosował maksimum pomysłowości i inicjatywy załogi. Pierwsze walczaki zwijano w stoczni rzecznej nad Wartą, dennice wyklepywano młotami, grzejąc blachę na olbrzymich ogniskach rozniecanych na wolnym powietrzu. Potem zdobyto pierwszą frezarkę, zakupiono duże walce do zwijania blach. Stara tokarka czołowa i wszystkie obrabiarki do metalu pracowały pod pełnym obciążeniem przez trzy zmiany, a mistrz Longin Lewicki był duszą tej części wytwórni aparatury, podczas gdy w dziale ślusarskim działał bez wytchnienia mistrz St. Mozol. Kierownikiem Warsztatu był wtedy inż. J. Konopiński. Tak powstała aparatura do cykloheksanolu i cykloheksanonu, oksymu do rektyfikacji, neutralizacji, suszenia i innych procesów technologicznych niezbędnych przy produkcji kaprolaktamu. Równocześnie rozpoczęto budowę urządzeń dla polimeryzacji i przędzenia włókna „surowego". Znaczną pomoc stanowiła liczna grupa doświadczonych pracowników przeniesionych z Jeleniej Góry do Gorzowa. W tym czasie w Bielsku „Befama" budowała pierwszą odbieralkę 24-punktową z aparaturą przędzącą oraz pierwsze rozciągarki bębnowe 32-punktowe według konstrukcji opartej o doświadczenia jeleniogórskie. Równolegle prowadzono montaż wykonywanych urządzeń w wyznaczonych przygotowanych do tego celu budynkach. Prace te wykonywały również brygady Warsztatu Mechanicznego, którego załoga wzrosła do ponad 200 osób. Warunki pracy nie byty lekkie. Brak było umywalni i urządzeń socjalno-higienicznych, coraz mniej miejsca zostawało na szatnie. Potrzebna była powierzchnia produkcyjna. Większe urządzenia wykonywano poza budynkiem na terenie przyległym, a niekiedy wprost na miejscu montażu. Funkcjonowała wtedy już stołówka zakładowa, zlokalizowana w budynku administracyjnym w pomieszczeniach obecnej księgowości. Pierwsze prace montażowe rozpoczęto na Wydziale Chemicznym w budynku ówcześnie nazywanym „Cellit”, a obecnie należącym do Wydziału Polimeryzacji i Włókien Ciętych (oddz. regeneracji wód poekstrakcyjnych, regeneracji dautermu i depolimeryzacji). Nadzór nad montażem tej części produkcji sprawował inż. E. Szerechowicz. Istniała konieczność jak najszybszego uruchomienia tego Wydziału, gdyż bez kaprolaktamu niemożliwy byłby rozruch technologiczny następnych faz produkcji. Dlatego też równanie z montażem prowadzono rozruch poszczególnych urządzeń i aparatury chemicznej pod kierownictwem P. Czekierskiego. Zresztą trudno było rozgraniczyć kiedy kończyła się budowa i montaż, a kiedy zaczynał się rozruch. Bowiem wszystkie urządzenia były prototypowe, a brak doświadczenia w zakresie konstrukcji i budowy aparatury, jak również niedopracowana technologia, powodowały konieczność wykonywania licznych przeróbek zmian i eksperymentowania „na gorąco”. Nie było czasu i możliwości na sporządzanie nowej dokumentacji. Brygady wykonywały prace wg „wskazówek” lub szkiców doraźnie wykonywanych przez konstruktorów. Zdarzało się, że rysowano nawet kredą na podłodze, obok stanowiska monterskiego. Było wiele kłopotów i trudności. Trzeba było nieraz improwizować. Dla przykładu: kolumnę rektyfikacyjną przerabiano kilkakrotnie, również suszarki oksymu nie „wyszły". Poważna ilość rurociągów technologicznych została z konieczności wykonana z rur używanych, które pękały i nie dawały się uszczelnić. Najgorzej było z uszczelnianiem rurociągów prowadzących dwutlenek siarki (SO2), który ulatniając się paraliżował pracę i utrudniał prowadzenie prac montażowych i rozruchowych. Do produkcji niezbędna była para. Był to problem o kapitalnym znaczeniu dla całego zakładu. Rozwiązano go również oryginalnie: uruchomiono istniejące okrętowe kotły parowe zainstalowane w małym budynku na narożniku obecnego Wydziału Kordu od strony Warsztatu Mechanicznego. Sukces był wielki i kiedy zadymiły wystające ponad dachem kominy, obiekt ten otrzymał nazwę „Aurora”. Służyła ona wiernie Zakładowi do 1968 r., wspomagając produkcję w chwilach awarii lub napraw głównej instalacji zasilającej Zakład w parę z elektrowni. Trzeba było również zmontować i uruchomić własną produkcję wodoru. W końcu uporczywy, zgodny wysiłek inżynierów, mistrzów i robotników został uwieńczony pierwszym sukcesem: Wydział Chemiczny dał kaprolaktam. Wylewano go na stalowe tace i młotami rozdrabniano na kawałki nadające się do zasypania w urządzenia produkcyjne. W tym miejscu nie sposób nie wspomnieć o ludziach — współtwórcach tego sukcesu. Inż. Lesiński, mgr Bulik, inż. Wasilewski, technik Bieleninik i Kołodziejski, aparatowi: Szczepanek, Gryczko, Bach. Czechowicz i wielu innych oddawali bez reszty wiedzę, umiejętności i czas własny dla swojego zakładu. Powstało też na wydziale pierwsze laboratorium chemiczne, którego kierownikiem została Krystyna Gościniak, młoda absolwentka Technikum Chemicznego w Lublinie. W obecnym budynku zwanym wieżowcem zlokalizowano Oddziały Polimeryzacji i Przędzenia. Prace montażowe w tym obiekcie nadzorował M. Laskowski, a rozruchem kierował inż. Z. Kolarz. Montowano dwa kotły polimeryzacyjne do pracy w systemie periodycznym, olbrzymie bębny chłodzone wodą do odbioru taśmy polimerowej o szerokości ok. 20 cm oraz krajarki do cięcia tej taśmy na małe kwadraciki (płatki), nadające się do zasypywania na aparaturze przędzącej. Brakującą suszarkę płatków wykonano wg własnych projektów. Zainstalowano kotły dautermowe. Wreszcie montowano aparaturę przędzącą i sama odbieralkę. I tu nie odbyło się bez poważnych trudności, kłopotów i ryzykownych eksperymentów. Przede wszystkim nie było jeszcze azotowni i chłodni. Bez azotu polimer i przędza utleniały się, a zmienne warunki klimatyczne otoczenia (temperatura, wilgotność) uniemożliwiały odbieranie przędzy na szpule (nawoje puchły i spadały). Próbowano zamiast azotu używać dwutlenku węgla, ale nie osiągnięto pomyślnych wyników. Postarano się o azot w butlach. Jednak stopień zanieczyszczenia gazu był zbyt wielki i trzeba było doraźnie budować specjalne urządzenia do oczyszczania. Z braku klimatyzacji, proces odbierania przędzy na szpule regulowano ilością nanoszonej preparacji. Olbrzymie trudności wystąpiły w instalacjach dautermowych: trudno było uzyskać stałą temperaturę jak równiak uszczelnić skutecznie całą instalację. Należy wspomnieć, że pierwsza odbieralka 24-punktowa posiadała na kociołkach przędzących aż 96 zaworów regulujących przepływ dautermu. Wtedy to R. Rogalski wprowadza usprawnienie zmniejszające ilość zaworów do ośmiu. Złącza zostały zaspawane, a ilość możliwych nieszczelności zredukowana do minimum.

Był to już rok 1951. Trzeba było się spieszyć. Kaprolaktam nie byt najlepszy, brak było wzorców i doświadczenia. Rozruchy mechaniczne i technologiczne urządzeń przędzących i odbierających przeciągały się. Z trudem zdobywano nowe doświadczenia i każdy sukces był okupiony mozolną pracą ludzi. Pracowali ofiarnie. Wieczorek, Leszczyk, Baryło, Sozański, Bugajski, Humbla, Falkowski, Lagun — aparatowi, ślusarze, mistrzowie i nadzór wszyscy postawili sobie za punkt honoru zwycięstwo mimo wszystkich trudności i niepowodzeń. Tymczasem na 1/2 pierwszej hali Wydziału Włókienniczego pod kierunkiem St. Lewickiego montowano maszyny włókiennicze. Stawało tam kilkanaście rozciągarek bębnowych 32-punktowych wykonanych przez „Befamę”, 16 starych skręcarek francuskich firmy „Fougerole” sprowadzanych z innych zakładów oraz zaimportowanych cewiarek szwajcarskich tzw. „Szweiterów”. Budowano też i montowano urządzenia do płukania przędzy (awiważ). Przygotowano również przyszłą obsługę maszyn przyjmując absolwentki SPP i częściowo kobiety miejscowe, które wysyłano sukcesywnie na przeszkolenie głównie do Jeleniej Góry. Czekano więc niecierpliwie na przędzę „surową", aby można było prowadzić rozruch maszyn i zatrudnić załogę. I oto nadszedł ten dzień. W maju 1951 roku z jednego punktu na odbieralce otrzymano i nawinięto na szpulę pierwsza przędzę. Radość i podniecenie osiągnęło najwyższe szczyty. Wtedy w konstrukcji głównej bramy wjazdowej do Zakładu obcięto inicjały Koncernu I.G.F. Pamiętam, że zrobiliśmy na stolarni piękną fornirowaną szkatułkę. Na niej umieszczono tabliczkę z wygrawerowanym odpowiednim napisem i datą. Umieszczono w niej pierwszą szpulę gorzowskiej przędzy stilonowej i dyrektor Ejchart zawiózł ją samolotem do Warszawy, przekazując wraz z meldunkiem o sukcesie ministrowi B. Rumińskiemu. Byt to jednak tylko początek. Przed załogą stało ciężkie zadanie doskonalenia i dalszego opanowywania maszyn i technologii. Cel: pełne uruchomienie produkcji Stilonu, kraj potrzebował naszej przędzy. Na Włókienniczym kierujący rozruchem inż. Cz. Majewski, mimo dużego doświadczenia musiał pokonywać wiele trudności. Przędza była „podłej" jakości i nie dawała się przerabiać. Zmiękczalnia wody jeszcze nie była zbudowana, wożono więc wodę do płukania przędzy beczkowozem z elektrowni. Zmagania załogi trwały jeszcze dwa miesiące i osiągnęły punkt kulminacyjny pod koniec czerwca 1951 r., kiedy to na dzień 7 lipca wyznaczono uroczyste uruchomienie Zakładu z udziałem premiera PRL J. Cyrankiewicza. Wiadomość ta lotem błyskawicy obiegła około 800 osób liczącą załogę Zakładu. Rozpoczęły się gorączkowe przygotowania. Trzeba było uporządkować teren, przygotować się do uroczystości w sposób jak najlepszy, uwzględniając realne warunki i możliwości. Tymczasem na przędzeniu inżynierowie, kierownicy, projektanci, mistrzowie i robotnicy nie schodzili ze stanowisk. Wielu z nich nie opuszczało Zakładu po dwie i trzy doby. Tu bowiem było najsłabsze miejsce, nie było tu całkowitej pewności ruchu. Oddział ten decydował teraz o możliwości produkcji Stilonu. Pracowano do ostatniej chwili i zwyciężono oporną maszynę — musiała ulec woli i mocy ludzi.

W dniu 7 lipca 1951 roku Zakład był przygotowany do uruchomienia. Był to historyczny, przełomowy dzień w życiu załogi i Zakładu. Przybył premier PRL J. Cyrankiewicz, a wraz z nim przybyli: Minister Przemysłu Chemicznego inż. B. Rumiński, wiceprzewodniczący Komisji Planowania Gospodarczego inż. A. Wang oraz inni przedstawiciele partii, rządu i władz związkowych. Przybyli też przedstawiciele bratnich zakładów Przemysłu Włókien Sztucznych. Przy dźwiękach orkiestry w bramie głównej przy ul. Walczaka, Wysokich Gości powitali: dyrektor budowy mgr H. Ejchart, przewodniczący Rady Zakładowej B. Konieczny oraz przedstawiciele organizacji partyjnej i młodzieżowej. Stąd udano się pieszo na Wydział Chemiczny. Po zwiedzeniu i zapoznaniu się z produkcją tego obiektu Premier wraz z towarzyszącymi mu osobami przybył na Warsztat Mechaniczny. Właśnie tu, wśród robotników odbyty się główne uroczystości. Wzdłuż całej środkowej części hali obróbki mechanicznej na wstawionych rzędami ławkach siedzieli goście i pracownicy z innych wydziałów. Załoga Warsztatu zajęła miejsca między maszynami w nawach bocznych. Olbrzymie drzwi główne od strony Wydziału Chemicznego byty zamknięte, a całą ścianę udekorowano flagami i godłem państwowym. Pod ścianą na zbudowanym z desek podium stał długi stół prezydialny. Było to jedyne wolne miejsce poza wąskim przejściem wzdłuż lewej bocznej nawy — tędy mieli przejść dostojni goście. Czekaliśmy wszyscy w napięciu. I oto w bocznym wejściu zobaczyliśmy znaną każdemu Polakowi sylwetkę towarzysza Cyrankiewicza. Wstaliśmy wszyscy z miejsc jak na komendę, a orkiestra wojskowa, stojąca obok, zagrała hymn narodowy. Była to chwila podniosła i niezapomniana. Dostojni goście przeszli do stołu prezydialnego na podium, a kiedy ucichły ostatnie dźwięki hymnu zerwała się burza oklasków. Po oficjalnym powitaniu glos zabrał jeden z budowniczych Zakładu, tokarz Warsztatu Mechanicznego, Longin Lewicki. W słowach pełnych patosu, ale szczerych i prawdziwych, przekazał myśli, uczucia i pragnienia załogi, która w ciężkim trudzie zbudowała tu na prastarych ziemiach piastowskich, na zachodnich rubieżach Polski, ten piękny, jedyny w kraju zakład. A kiedy podniosłym głosem, akcentując każde słowo, powiedział: „W hali tej słowo «niemożliwe» zostało przekreślone”, zabłysnęły flesze aparatów reporterskich, zaskrzypiały pióra dziennikarskie, a goście i zebrani zareagowali długimi oklaskami. Następnie Lewicki uroczyście w imieniu załogi zgłosił Premierowi gotowość Zakładu do podjęcia produkcji przędzy syntetycznej. Towarzysz Cyrankiewicz w ciepłych słowach podziękował załodze, naukowcom, projektantom i wszystkim budowniczym za trud i wysiłek poniesiony przy budowie i uruchomieniu Zakładu, podkreślając olbrzymie znaczenie, jakie miał ten czyn dla gospodarki narodowej, a zwracając się do tokarza Lewickiego zapytał: „co też wy chcecie za ten pełny poświęcenia wysiłek, za wielki wasz trud?”. Zapadła grobowa cisza, wszystkie oczy zwróciły się na Lewickiego, czekano z napięciem na odpowiedź. Zastanawiał się tylko chwilę, poczem w imieniu załogi poprosił nie o nagrody, czy wyróżnienia, poprosił o nową, dużą tokarkę, której tak bardzo brakowało przy budowie urządzeń dla produkcji. Ten robotnik wiedział, że to nie koniec pracy, a tylko trudny początek, wiedział, że nie można będzie się godzić, aby stały budynki niezapełnione aparaturą i maszynami, aby olbrzymie wolne przestrzenie terenu Zakładu mogły stać niewykorzystane. Premier słowa dotrzymał. W parę miesięcy po tym otrzymaliśmy zlecenie odbioru ze składów na Śląsku nowej tokarki. Oczywiście po odbiór pojechał Lewicki. W lutym 1952 r. tokarka ta była na miejscu, a od marca rozpoczęta wieloletnią pracę w służbie Zakładu. Nazwaliśmy ją „Premierówką” i zamontowaliśmy na honorowym miejscu, jako pierwszą przy wejściu, którym przybył na Warsztat tow. Cyrankiewicz. I choć dzisiaj Wydział Mechaniczny pracuje w nowym pięknym budynku, to maszyna ta znów stoi na honorowym miejscu jako pierwsza przy wejściu na halę obróbki. Następnie wielu twórców technologii, konstrukcji urządzeń, robotników i budowniczych otrzymało wysokie odznaczenia państwowe, nagrody i odznaki przodowników pracy. Na Wydziale Przędzenia odbyła się tradycyjna uroczystość przecięcia wstęgi i oficjalnego uruchomienia Zakładu. Wielki ten dzień został zakończony wspólnym obiadem w wolnej części pierwszej hali włókienniczej. Wraz z Premierem przy długich stołach zasiadło ponad 700 osób załogi i przybyłych gości. Tow. Cyrankiewicz rozmawiał z robotnikami, interesując się żywo warunkami pacy, wysłuchując informacji o sukcesach i niepowodzeniach towarzyszących budowie. Zostawił po sobie bardzo miłe i cieple wspomnienia w pamięci załogi. Tak skończył się pierwszy etap historii Zakładu, etap narodzin pierwszej przemysłowej produkcji własnego polskiego włókna syntetycznego. Dyrekcja Budowy spełniła swoja zadanie, powstały Gorzowskie Zakłady Włókna Sztucznego w budowie. Pierwszym Dyrektorem Naczelnym został B. Konieczny, a pierwszymi kierownikami wydziałów produkcyjnych byli: Chemicznego – P. Czekierski, Polimeryzacji I Przędzenia – Z. Kolarz, Włókienniczego – F. Dobrowolski, Przed Zakładem otwarła się szeroka droga długich lat zmagali o doskonalenie technologii i konstrukcji urządzeń, walki o ilość, a następnie o coraz wyższą jakość i różnorodność asortymentów produkcji.

Jan Jankowski – Technik mechanik. Wchodził w skład grupy specjalistów, którzy w Jeleniej Górze opracowali technologię polskiego poliamidu Długoletni Kierownik Wydziału Mechanicznego i Główny Mechanik Stilonu.

Źródło: Gorzów… z dziejów gospodarczych Miasta i Regionu, pod red. Józefa Finstera, Gorzów Wielkopolski 2020.